11 listopada.
Dzień specyficzny, przełomowy i trudny dla mnie z wielu względów, o których obecnie opowiadać nie chcę.
Kiedy ludziom w głowach tkwiła walka o jakieś chore wartości, ja siedziałem w Tatrach. Pierwszy wyjazd razem z Antonem, w końcu kogoś wciągnąłem w temat tej kupy kamieni. Mam nadzieję, że górska współpraca będzie mogła się rozwijać dalej, a raczej będzie miała ku temu okazje…
Na świeczniku mały klasyk, Szpiglasowy Wierch od dol. 5 stawów z zejściem do Moka. Na parkingu w Palenicy ze 5 samochodów łącznie z naszym dało do myślenia czy aby nie pomyliliśmy parkingu/drogi. Ludzie jednak, od chodzenia po górach, wybrali lacie, tv… ewentualnie ustawke w Warszawie.
Wyjście o 5:55, mgła, szron, białe choinki i niesamowita cisza.
W miarę upływu czasu nabieramy wysokości i wychodzimy ponad linię chmur, które zmierzają w naszą stronę i śmiesznie odbijają się od gór.

Śniadanie w schronie i ruszamy dalej. Poniżej widac nasz cel - Szpiglasową przełęcz (tam gdzie słońce) i po prawej Szpiglasowy Wierch.
Odcinek Świnica - Zawrat, który szedłem miesiąc wcześniej z widoku “naprzeciwko” 
Dogoniliśmy jakiś czteroosobowy zespół idący tą samą trasą co my. Z odległości wynika że wyprzedzają nas o jakieś 10 minut.
To było mega długie SZCZYTOWANIE. Kanczendzonga 9324 m.n.p.m wymięka przy naszym Szpiglasie 11 listopada.
Leżeliśmy, siedzieliśmy, jedliśmy, spaliśmy - wszystko byle tylko nie schodzić w dół. Wszystko by tylko przedłużyć to o kilka kolejnych minut na górze.
Było dużo czasu na myślenie, na składanie klocków i myśli, które trzy dni wcześniej brzmiały i dalej brzmią jak sci-fi.
I znowu pojawiła się mgła, chmury, zimno i szarówa. Czas do domu.
Potrzebuje dużo siły.
Tego dnia ukulaliśmy na nogach 27 km z różnicą wzniesień 1140m. 
